Linki:

Moje blogi:

RSS
sobota, 19 kwietnia 2008
Łosoś norweski

- Pani weźmie tę rybę, czas leci - dresiarz przy punkcie obsługi wydawał się rozdrażniony. Świąteczna gorączka, w supermarkecie wrzało, gdy on wytrwale dochodził swego. Chyba jak na ironię miał antyfarta. Przeciwna część lady wspierała równie gorliwą w czerwonym swetrze, do tego obfitych kształtów, o strategicznym głosie rywalkę - panią Barbarę, co było widać z plakietki, ikonę gonienia klienta, co było słychać z rozmowy.

- Jeszcze pan tutaj, nie wierzę - ikona podniosła brwi, aż jej skoczyły rękawy. - Mówiłam panu godzinę temu, nie mogę, nie przyjmę z powrotem.

- Ale tak nie można... - młodzieniec w zielonym dresie wydobył z kieszeni katalog - pani popatrzy, to jest ta ryba, którą chciałem, kosztuje 5.99., a ta pomylona strasznie podobna 7.99. i ona jest na rachunku - zaiste łososie norweskie z portretów zdawały się prawie tożsame, lub nawet bliźniacze, jednak różniły się ceną.

- Proszę pana byłam, widziałam. Cena jest prawidłowa. Ktoś musiał przełożyć droższą rybę do tańszej, tą jedną sztukę. Trzeba być bardziej uważnym. Nie moja wina, że ryby podobne.

- To wprowadzanie klienta w błąd. Ja zwracam błędny zakup.

- Kiedy pan wreszcie ustąpi? Po pierwsze: skargę sprawdziłam, cena jest dobra i nikt nikogo w błąd nie wprowadza. Zwyczajnie ktoś rybę przerzucił.

- Przerzucił, przerzucił...

- No przecież sama nie może, jest w folii. Po drugie: nie mamy zwrotów na żywność. Towary spożywcze są poza.

- Co mnie to wszystko obchodzi, czuję się oszukany.

- Nic nie poradzę na czucie.

- Pani ją przyjmie z powrotem - zielona ręka popchnęła rybę w natarciu.

- Powtarzam, nie mogę - czerwona ręka wyhamowała obiekt i stylem pink-ponga zwróciła w kierunku nadawcy będącego wcześniej odbiorcą.

- Ja panią proszę, pani ją przyjmie - ryba ponownie ruszyła, sunąc przez ladę z gracją godną łososia.

- Niestety, nie mogę - znowu czerwona ręka wybiła rybę ze szturmu, szarżując nią w stronę zielonej.

- Niech pani będzie człowiekiem - zielona ręka nerwowo spięta kombinowała by ryba przecięła połowę lady, gdzie docisnęła stworzenie we wrogiej strefie, tuż przy granicy.

- Żeś pan uparty - stanowcza czerwona ręka runęła na rybę i przedrzeźniała się z ręką zieloną. Teraz ręka zielona była zielona podwójnie, bo ze wściekłości, natomiast ręka czerwona ciemniała od irytacji. Ponadto obie ręce postanowiły zbadać teorię fizyki, w której siła napierająca była równoważona przez siłę powstrzymującą, pragnącą wypchnąć łososia. Jednocześnie, na skutek równoważenia się mocy, do akcji wkroczyły czoła. Czoło dresiarza i czoło ikony zbliżyły się do siebie oblane potem i wzroki walczących zawyły w groźnej bliskości.

Nagle mężczyzna spasował, wyraźnie onieśmielony wypuścił rybę, a ta nieśmiało wróciła ku niemu, wyraźnie zgnębiona i blada. Powoli wziął paczkę i odszedł.

Dobrze, że ryby i dzieci nie mają głosu. Dobrze, czy raczej szkoda.

 

11:09, michal_mordarski
Link
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Łosoś norweski

- Pani weźmie tę rybę, czas leci - dresiarz przy punkcie obsługi wydawał się rozdrażniony. Świąteczna gorączka, w supermarkecie wrzało, gdy on wytrwale dochodził swego. Chyba jak na ironię miał antyfarta. Przeciwna część lady wspierała równie gorliwą w czerwonym swetrze, do tego obfitych kształtów, o strategicznym głosie rywalkę - panią Barbarę, co było widać z plakietki, Ikonę gonienia klienta, co było słychać z rozmowy.

- Jeszcze pan tutaj, nie wierzę - ikona podniosła brwi, aż jej skoczyły rękawy. - Mówiłam panu godzinę temu, nie mogę, nie przyjmę z powrotem.

- Ale tak nie można... - młodzieniec w zielonym dresie wydobył z kieszeni katalog - pani popatrzy to jest ta ryba, którą chciałem, kosztuje 5.99., a ta pomylona strasznie podobna 7.99. i ona jest na rachunku - zaiste łososie norweskie z portretów zdawały się prawie tożsame, lub nawet bliźniacze, jednak różniły się ceną.

- Proszę pana byłam, widziałam. Cena jest prawidłowa. Ktoś musiał przełożyć droższą rybę do tańszej, tą jedną sztukę. Trzeba być bardziej uważnym. Nie moja wina, że ryby podobne.

- To wprowadzanie klienta w błąd. Ja reklamuję produkt.

- Kiedy pan wreszcie ustąpi? Po pierwsze: skargę sprawdziłam, cena jest dobra i nikt nikogo w błąd nie wprowadza. Zwyczajnie ktoś rybę przerzucił.

- Przerzucił, przerzucił...

- No przecież sama nie może, jest w folii. Po drugie: nie mamy zwrotów na żywność. Towary spożywcze są poza.

- Co mnie to wszystko obchodzi, czuję się oszukany.

- Nic nie poradzę na czucie.

- Pani ją przyjmie z powrotem - zielona ręka popchnęła rybę w natarciu.

- Powtarzam, nie mogę - czerwona ręka wyhamowała obiekt i stylem pink-ponga zwróciła w kierunku nadawcy będącego wcześniej odbiorcą.

- Ja panią proszę, pani ją przyjmie - ryba ponownie ruszyła, sunąc przez ladę z gracją godną łososia.

- Niestety, nie mogę - znowu czerwona ręka wybiła rybę ze szturmu, szarżując nią w stronę zielonej.

- Niech pani będzie człowiekiem - zielona ręka nerwowo spięta kombinowała by ryba przecięła połowę lady, gdzie docisnęła stworzenie we wrogiej strefie, tuż przy granicy.

- Żeś pan uparty - stanowcza czerwona ręka runęła na rybę i przedrzeźniała się z ręką zieloną. Teraz ręka zielona była zielona podwójnie, bo ze wściekłości, natomiast ręka czerwona ciemniała od irytacji. Ponadto obie ręce postanowiły zbadać teorię fizyki, w której siła napierająca była równoważona przez siłę powstrzymującą, pragnącą wypchnąć łososia. Jednocześnie na skutek równoważenia się mocy do akcji wkroczyły czoła. Czoło dresiarza i czoło ikony zbliżyły się do siebie oblane potem i wzroki walczących zawyły w groźnej bliskości.

Nagle mężczyzna spasował, wyraźnie onieśmielony wypuścił rybę, a ta nieśmiało wróciła ku niemu, wyraźnie zgnębiona i blada. Powoli wziął paczkę i odszedł.

Dobrze, że ryby i dzieci nie moją głosu. Dobrze, czy raczej szkoda.

 

23:40, michal_mordarski
Link
wtorek, 01 stycznia 2008
Mystery Shopper

Mobilizacja totatalna, TOTALNA MOBILIZACJA, AFERUS CHRYJUS AGENTUS. Naczelny pruł po pokoju od ściany do ściany, próbując dogonić myśli. Sprawa nie mogła być prosta, jeśli tkwiliśmy na zbiórce.

- Koleżanki, koledzy, koleżanki, koledzy - powtarzał w kółko, ferworzył, aż gruchnął baniastym zadem. - Wśród nas węszą szpiedzy zorientowani na gafy, na niepomyślny splot zdarzeń, skorzy wytykać nam braki, mi zaś błędne przywództwo - wszystkich oblała psychoza. - Ktoś doniósł, że Wydział Kontroli powołał Mystery Shopper'a, osobę wtopioną w tłum, zakradającą się z tłumem i w tłumie upatrującą sukcesu. Wichrzyciel udaje klienta, pyta, wymaga, spragniony niewiedzy, zmęczenia. Ale nie z nami te gierki, nie z nami. Przecież jesteśmy sprytniejsi. Dlatego wprowadzam zasadę: Im bardziej marudny odbiorca, im bardziej kurwica nas bierze, tym większą wzmagamy cierpliwość.

 

Dnia następnego, zwieńczywszy kolejkę wyprułem goniony pęcherzem, makabrą erupcji mocznika.

- Widzisz tego faceta? - znienacka zagaił Bestialski.

- Widzę, no jasne, że widzę - zerknąłem na NIEKLIENTA, wynosiciela kawy.

- No widzisz. Jeżeli widzisz, to patrz, gap się i działaj.

- Kiedy ja teraz wychodzę.

- Wychodzisz? Żadne wychodzisz, masz dyżur.

- Minuta, muszę na stronę.

- Na stronę, na stronę, baranie. To agent w najczystszej postaci, to Mystery Shopper nasłany. Zobacz jak chodzi, jak węszy.

- Nieprawda, muszę na stronę.

- Oj, nie jęcz, nie jęcz mięczaku. Dojdziesz do niego i sprawisz, aby zaznał uwagi, absorpcji bezwzględnej. Broń dumy.

Nadzorca lustrował mnie bacznie, a ja osaczyłem kawosza.

- Czy mogę w czymś pomóc? - stęknąłem i ten pozieleniał zmieszany, bo całkiem bliski był kawy, należnej z gruntu klientom:

- Yyyyy... O banku chciałem posłuchać, o waszych atutach.

Wiec rozpocząłem wywody, żarliwe, wykwintne, rozległe, coby nie myśleć o parciu wykrzywiającym mi gębę.

- Pan rodzi? - przerwał znudzony. - Do diaska, co z panem się dzieje?

- Przepraszam, zdążałem na stronę.

- To proszę się wybrać, zaczekam.

- Nie pora, szef patrzy, nie wolno. Ma pana za Mystery Shopper'a

- Za kogo?

- Za Mystery Shopper'a

- Czyjego szofera?

- Za Mystery Shopper'a. Takiego, co wietrzy, ocenia.

- Znaczy kontrola, inspektor? - tu facet ubawił się wdzięcznie. - Poproszę kawę i spieprzam, współczuję pracy serdecznie.

 

- No jak, jak? - przydreptał Bestialski. - Był kontent, oświadczył, że wróci?

- O tak, naturalnie, niedługo. Niech tylko pragnienie go skusi.

 

18:37, michal_mordarski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 grudnia 2007
Zawodowa magia grudnia

24 grudnia - dzień wigilii, 7.35. Podstawiłem kubek i wcisnąłem start. Mmm.. Wyjawię, co jest domeną majętnych graczy. Nie chodzi tylko o banki, tak jest wszędzie. Wszędzie, gdzie interesy przynoszą krocie. Otóż z tysięcy urządzeń, na jakie możecie się natknąć w zawodowej gonitwie, istnieje wyłącznie jedno jedyne pełniące kluczową rolę, rozstrzygające wynik - EKSPRES DO KAWY.

Wyobraźcie sobie dzień bez płynu, który otwiera oczy, podnosi adrenalinę i pozwala osiągnąć cel. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że zysk jest ubocznym skutkiem kawy.[1]

Wzorowo punkt ósma dobiegł mnie sygnał drogówki i ujrzałem dyżurną Barbarę. Jej polecenia dzielnie studziły czekalskich: Uwaga! Za minutę może pan podejść, a państwo musicie czekać. Stanowisk chwilowo brak! Przepraszam, pan w jakiej sprawie?..... Zapraszam na koniec! Halo, czy pani jest kombatantką lub w ciąży, jeśli nie proszę z powrotem. Zdarzało się także, że komuś puściły hamulce: Co mi tu pani będzie rządziła. Sam wiem gdzie podejść. Jestem umówiony i żądam obsługi.

            Oj nie była to łatwa służba, że nie wspomnę o żołdzie. Po odejściu Basi i Kasi w trzecim miesiącu ich pracy, zabrakło odważnych, etaty zaświeciły pustką.

            Podałem dyżurnej decyzje, czyli "tak" lub "nie" dla spragnionych kredytów. Te opiewające na duże kwoty przychodziły z centrali, inne mniej łapczywe podejmowaliśmy sami. Teraz należało zadzwonić i przeczytać werdykt.

- I nie zapomnij o świątecznym akcencie - zachichotałem, gdy wybijała numer.

- Dzień dobry. Mówi Barbara Nowińska z Tempo-banku. Czy ja rozmawiam z panią Emilią Wrytą?..... Tak... Tak... Bardzo się cieszę. Mam już przed sobą decyzję. Pozwoli pani, że przeczytam. Odmawia się udzielenia kredytu w wysokości pięciu tysięcy złotych, z powodu braku zdolności kredytowej. O-ho-ho! Merry Christmas!.....

            Ręce mi opadły...

 


[1] Przy okazji przepraszam miłośników herbaty i kakao, ale to moja teoria. Herbatę polecam po pracy.

 

19:06, michal_mordarski
Link
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Zawodowa magia grudnia

Przedświąteczna gorączka to czas dla biznesowych więzi. Firmy ofiarowują klientom prezenty, zapraszają na imprezy, panuje zgiełk i licytacja przemówień. Mocny zapach smakołyków zniewala zziębnięte nosy, a spocony brodacz z workiem nie musi się zwierzać ochronie.

 

Zgodnie z corocznym obrzędem, także w oddziale Tempo-banku zakwitła choinka, którą starannie złożyłem i ubrałem, lecz już nie sam. Tydzień wcześniej hierarchia urosła w dół o stanowisko, więc miałem pomoc. Jednocześnie wszyscy zatrudnieni dotychczas awansowali bez zbędnych nakładów i spekulacji. Sprytne! Cóż za wspaniałomyślny zabieg uszczęśliwiający globalne forum, przebiegłe pieczenie stada na jednym ogniu.

Meeter greeter (pozdrawiający przybyłych), bo tak nazwano nową funkcję, miał przynieść święty spokój. Stanowisko objęły zamiennie, Basia i Kasia, szkolone w kierowaniu ruchem przybylskich, zabawianiu maruderowiczów, odpowiadaniu pytalskim oraz umawianiu kredytobralskich.

W połowie miesiąca dostaliśmy instrukcję POSTĘPOWANIA NA WYPADEK ŚWIĄT, zadedykowaną przez dyrektora Dylemata i przekazaną w zaszyfrowanej poczcie. Mowa rzecz jasna o Świętach Bożego Narodzenia, pozostałe miały inne tajne przepisy. Za sprawą tegoż to rozporządzenia, Tempo-bank wypuścił arsenał karteczek, gdzie kurak z bankowego logo trzymał w dziobie choinkę, co wskazywało na jego mezozoiczne korzenie. Przyjmijmy jednak, że sztuka może szokować i takie było założenie malarza. Oprócz dyrektyw związanych z biciem rekordu życzeń, uwagę przykuwała lekcja tworzenia świątecznych akcentów. Krótki przykład telefonicznej rozmowy z klientem pozwolił mi pojąć sztukę.

BANKOWIEC: Dzień dobry. Adam Nowak z Tempo-banku. Czy mógłbym rozmawiać z panem Andrzejem Kowalskim?..... Przy telefonie?..... Witam serdecznie. Chciałem zapytać, czy dostał pan kartę płatniczą. Tak?.... Bardzo się cieszę. Wszystkiego najlepszego z okazji świąt. O-ho-ho Merry Christmas!

 

            Jakie to słodkie... Prawda? Przepraszam, muszę na stronę.

 

Ciepłych,

udanych świąt,

uśmiechu

i refleksji

dla wszystkich!

 

12:05, michal_mordarski
Link
niedziela, 23 grudnia 2007
Johnny Jump

- Łączę z Bajgalskim - ktoś sypnął i do słuchawki wpadł obwieszczony:

- Panie prezydencie, Bajgalski, mam rewelację. Proszę się trzymać..., proszę się trzymać fotela. Z początku myślałem pogłoska, bajda i bujda, błahostka, jednak za sprawą kontaktów, wiedzy, mych znajomości...

- Do rzeczy Bajgalski. W czym problem? - ton prezydenta trącił grubiaństwem.

- Już streszczam, już zaraz streszczam, po prostu chcę być dokładny. Dzwonili rano z Puzonu. Tej firmy od wielkich koncertów. Mieli telefon z Berlina, że wkrótce zadzwonią też do nas, bo po nich my i w ogóle...

- Na Boga Bajgalski. Szaleju się najadł. Jest pan doradcą, czy zgadul-maniakiem?

            Zapadła cisza i mocno skarcony zapiszczał:

- Johnny Jump zjeżdża dać koncert.

- Co? Sam Johnny Jump? Johnny Jump u nas? - prezydent wyraźnie osłupiał. - Twierdzisz, że Johnny... Ten Johnny?

- Mhy - twierdząco zamruczał Bajgalski.

- Bajkielku, chłopie kochany, aby to pewne?

- Jak dzień jutrzejszy.

Prezydent odetchnął z ulgą, choć szybko się wzdrygnął widząc przy biurku guzik, odpalacz rakiet jądrowych. Przecież niewiele potrzeba - prawił pod nosem z niesmakiem, - wystarczy pomyłka, wypadek i dnia jutrzejszego nie będzie.. My ich, oni nas. Słaby argument, Bajgalski. Oj, słaby.

 

Johnny Jump tworzył legendę, obsesję idola rocka, tym bardziej ciekawą, iż żywą. Od czasu, gdy jako dziecko zaśpiewał w rytm bugi ugi, sławą podbijał glob ziemski. Wymachy nóg ponad barczystość ramion, obroty głowy wokół obwodu szyi, skłony czupryny do kostek i salta wieńczone szpagatem - dech zapierały rzeszą, zwłaszcza, że rycząc w mikrofon nigdy nie tracił powietrza.

Zaraz po ogłoszeniu nowiny na wstępie wieczornych dzienników, portale przeżyły natarcie, dziką panikę czcicieli, aż po niespełna godzinie sprzedano ostatnią wejściówkę. Dwieście tysięcy miejsc poszło, przegranych dopadła żałoba, destrukcja, niechęć do pracy. Wobec rozpaczy, protestów, wręcz strajków cierpiących pechowców, rząd zapowiedział, iż koncert trwać będzie na nowym lotnisku, więc ilość miejsc wzrośnie o milion. Naród wyglądał bożyszcza.

- Bajgalski, chcę spotkać się z Johnny'm. Niech sprawę nagłośnią gazety. Przecież nadchodzą wybory. Trzeba ludziom pokazać, prezydent jest fanem Gampa.

- Jump'a, panie prezydencie, mówi się Jump'a.

- Tak, tak, fajkę zagryzłem, racz nie truć, spiesz do roboty.

- Tyle, że to dzień wizyty w Norwegii. Protokół został przyjęty.

- Wystarczy pomyśleć Bajgalski. Odwołać, zgonić na grypę..

- Ale pozostał nam kwartał.

- Tym bardziej nie będą pamiętać.

- Musi pan niemniej znać fakty, Johnny jest lekkoduchem. Podobno ćpa, pali i wdycha.

- Ech, te skłonności artystów, każdy ma jakieś słabości. Liczy się odbiór społeczny, a ludzie kochają pajaca. Przynajmniej dopóki im skacze. Mianuję pana w uznaniu rządowym łącznikiem z imprezą.

Za kwadrans nękany Bajgalski potulnie poszerzał spis person:

- Tu kancelaria premiera. W związku z niezwykłym zdarzeniem, jakim jest przyjazd gwiazdora, pan premier miłośnik Jumpa żąda widzenia wśród kamer. I niech wiadomość koniecznie dziś jeszcze trafi do mediów.

Minutę później:

- Biuro marszałka kongresu. Marszałek jest zniesmaczony. Panie Bajgalski, kolego, dlaczego pan o nim zapomniał? Musi się znaleźć na liście z lunch-party i konferencją. Odwołał nawet obrady. Jump to marszałka nadzieja.

           

W pierwszych dniach maja Jump przybył - kołował i wylądował, a zlądowawszy zawitał. Ogromy kapelusz plus bryle jak zwykle skrywały twarz sławy. Pokiwał, pomachał, zatańczył, po czym wsiąkł w głębie Bentley'a. Ulice, którymi przejeżdżał pęczniały od gapiów tak bardzo, że gdyby nie mnogość ochrony chwalony nie przeżyłby pochwał.

W Gronostajowej Sali przystosowanej dla gościn, prezydent przywitał muzyka:

- Hello, nice to meet you my hero, I'm president Polandi. Nice see you, much very, ten tego. Hm, hm... - objąwszy szczerze przybysza szturchnął w bok Bajgalskiego. - Niech robią zdjęcia, filmują. Niechże filmują do bólu. This is my wife - zrobił obrót, lecz żony niestety nie było. - Gdzie jest Maryśka? - wyrzucił. - Maryśka, gdzie żona, na Boga. Bajgalski zrobił się blady. Spóźniona wpadła akordem, wesoła, muzyczna, taktowna i żwawo zakryła absencję. Uśmiech od ściany do ściany przepełnił twarze zebranych.

Godzinę później, po lunchu, Johnny kwitł w dobrach premiera.

- Hello, hello my champion, my drogi friend. Ja bardzo często listen your music, tralala - tu dopadł tarmosić znanego, co rozbudziło rój kamer. W związku z czym przyssał gwiazdora niczym Pijawka Lekarska. Sensacja nietuzinkowa. - Fallow me, proszę - przeciągał. - Mam ja for you moją książkę - otworzył pokaźny podręcznik: Moje reformy Polandi, gdzie w rogu, na pierwszej stronie zostało wyryte pisakiem: Johnny'emu Jump'owi szef rządu. - Przedstawiam moje córuchny Basia i Zuzia. Dziewczynki podejdźcie do pana Jumpa. Żona Barbara, rodzice: Maryla, Józef, teściowie: Sabina, Edmund oraz stryjeczny brat Bolek - podłużny pas krewnych ustawił się ciasno i chciwie. Zebrani walczyli o bliskość, zaś premier wygłosił orędzie:

- Kiedym lat temu dwanaście zakupił pierwszy disc-compact była to płyta Johnny'ego...

 

Fart wreszcie dopadł marszałka:

- Kogo ja widzę, zapraszam - dygnitarz był w dziwnym skafandrze, bliskim ubrania idola. Kosmiczna forma szokingu, gra, gierka, promocja urzędu, reklama, auto-kreacja, wyborcza szopka, słodzenie. Dopadł Johnny'ego, nie puszczał, aż każdy z fleszy rozbłysnął. Następnie zabieg powtórzył, a gdy od gapiów usłyszał, że premier całował po pysku, sam zassał nad wyraz soczyście.

- To pies mój i kot - wskazał palcem.

 

21.30.

Wieczorem podmiejskim lotniskiem zatrzęsły aleje głośników. Na gigantycznej łodzi będącej koncepcją estrady wezbrały białe obłoki, monsuny dymu i świateł. Nadszedł ten moment, katharsis. Zabiły serca i takty, publiczność czekała w napięciu, Hot Lucky - przebój przebojów, las rąk, las głów, fanatyków. Za chwilę się przecież pojawi, przybiegnie, spłynie lub wjedzie. Niektórzy już mdleją, już płaczą, rwą włosy i wszystko jak leci. Nagle muzykę przerwano:

- Kochani, koncertu nie będzie, Jump padł, Jump przedawkował!

 

21.50. - wzburzony premier na linii:

- Ja cię zatłukę Bajgalski. Te zdjęcia nie mogą być w prasie, nagrania wycofać z dzienników. Wstyd! Po co te akty doustne? ...całuski, uśmieszki, ukłonki. Po co ta cała bajeczka? Społeczność gotowa pomyśleć, że wspieram na haju dziwaków. To Jump na mnie natarł, się rzucił. Widocznie miał zwid narkotyczny.

 

22.00. - marszałek:

- Bajgalski, pan jest kawał drania, nie potrzebuję skandalu, ironii, spadków sondaży. Nie mogę się durnić w przebraniu, ściskany przez mości ćpuna. Ratunek by media podały, że nie ja, lecz Jump chciał widzenia. Ja tylko byłem gościnny.

 

22.15.

- Bajgalski! - ryczał prezydent. - Wendeta i zamach stanu! To się nie może pokazać, jakby audiencji nie było. Upartym proszę przekazać, że Johnny wprosił się siłą. Pan wyciął mi numer, czas płacić - tu pacnął ręką, zawadził, sprasował guzik przy biurku.

 

 

*****

 

- Zupełnie się zapomniałem. Szlag trafił ziemię, chromolę. Bajgalski, gdzie jesteś? Bajgalski!

- Pięć dusz za panem.

- Cholera, gdzie moja żona na Boga.

- Coś czuje, że głębiej w tunelu.

- Znowu się spóźnia, kobiety. Zaraz, chwileczkę, patrz, tłumy. Skąd ja kojarzę muzykę?

23:18, michal_mordarski
Link
piątek, 21 grudnia 2007
Liczenie kasy

Przede mną wyrósł Bestialski:

- Gdzie raport?

            Prosiłem:

- Jeszcze pięć minut.

Niestety naczelny zdziczał, tłukł kamienną maczugą o blat i żądał dalej. Obłęd w przekrwionych ślepiach straszył epoką lodu. Mój kalkulator wariował pod wpływem uderzeń. Tyrałem, lecz proces nie był łatwy.

- Co za niechlujstwo, patrz na mnie - gnębiciel poprawił krawat, zrobił trzy kroki i oparł łapę o biodro. Wystarczyło puścić muzykę, by skryty model obnażył się światu. Czekałem aż zejdzie z wybiegu, na próżno. Wreszcie sczytałem saldo:

- Skąd minus dwadzieścia tysięcy?

Uśmiechnął się i zatriumfował:

- Wiedziałem, błąd! Za pięć minut u mnie!

Kiedy skończyłem raport, poszliśmy sprawdzić gotówkę. Wyjęte z wrzutni pieniądze, sfrunęły na stolik. Zawsze to samo, po sto nominałów sklejać i chować. Ilość musiała być zgodna. Jakakolwiek różnica ściągała problemy. Bestialski włączył maszynkę. Właściwie on ważył pieniądze, taka technika. Robota płynęła znośnie aż zestawiono wyniki:

- Jasny gwint! Coś jest źle. Musimy od nowa!

Rozpoczęliśmy drugą rundę. Teraz ważyło się moje życie. Niby takie samo liczenie, z tym, że z arytmią serca. Kontroler gwałtowniej przekładał kupki i dziurawił zębami wargi:

- Jest! Jest! - krzyknął.

Zgłupiałem, czy cieszył się ze zgodności, czy celebrował pomyłkę, po której wypatroszy mnie i powiesi. Na szczęście wygrało to pierwsze.

- Dawaj kasetkę - ciągnął w nadziei.

Monety gruchnęły z brzękiem, najgorzej było z groszami. Co prawda liczarka miała specjalną funkcję, jednak nadzorca chciał sam ocenić drobnicę. Zaraz nad bankiem zawisły chmury:

- Jasny gwint! Zgubiłeś dwa grosze.

Pięknie, nigdy nie wyjdę - skamlałem w myślach. Nadzorca wywalił język. Ciskał ponownie bilonem, a czas pędził i pędził, nagle skwitował:

- Ha, dwa grosze jak nic.

Zwiesiłem głowę. Bestialski nabierał indiańskiej karnacji i kręcił się dookoła, aż pióra stanęły mu wojowniczo, skakał, wywijał rękami:

- Natychmiast chcę raport z niedoboru, bo głowy polecą!

Wróciłem szukać procedur. Na dworze dawno ściemniało i znikł mój żołądek. Jeżeli komuś wydaje się, że można było dwa grosze dołożyć, jest w błędzie.

Moja ekspedycja trwała minutę, gdy wódz opuścił wigwam i zamiast zapalić fajkę, zawisł tuż przy mnie:

- Masz raport?!

- Szukam formularza.

- Więc w mordę jeża, szybciej! - uderzał o blat.

            Po kilkudziesięciu przejrzanych tytułach wciąż nie miałem instrukcji. Chociaż odnalazłem zapiski, według których to było zadanie szefa. Bestialski wysłuchał i nawet nie wyrwał mi krtani.

- Nie będziemy się bawić w pierdoły - odburknął. - Jutro dołożysz dwa grosze i po sprawie. Ale jak znowu znajdę niedobór..., głowy polecą!

Z ulgą złapałem papiery i otworzyłem szufladę. Kierownik lubił porządek. Pozostawienie makulatury w zasięgu jego buta, groziło rozpadem biurka. Wysoko zadzierał nogę, prawdziwy cyrkowiec w cyrku.

Spojrzałem w róg, leżały dwa grosze.

 

09:45, michal_mordarski
Link
czwartek, 20 grudnia 2007
Program naprawczy

Strój Bestialskiego odzwierciedlał ideał reklamy, wystarczy drobina inwencji. Z jednej strony ja ze zwykłym proszkiem, z drugiej strony on, prezentujący rzetelną biel i żywe kolory. Ja - obarczony watahą czekalskich, spocony, osnuty kawą, on - zadbany goguś w terrarium za szybą, ceniący swój komfort i spokój. Nieskazitelny blask jego kołnierza tworzył najczystszy atrybut jaki posiadał, przeciwnie do dziesiątków historii, w których uprawiał brudne zagrywki. Siedział rozparty w skórzanym fotelu wtykając łeb między kartki, gdzie korowody tabelek i cyfr zajmowały każdy centymetr. Dumałem nad przyczyną mojego wezwania, nad motywem niechybnej rzezi. Zwykle zaczynałem od pieniędzy, choćby od przyjęcia falsyfikatu lub błędu księgowego, narażającego firmę na haniebną stratę, zaś mnie na banicję. Zdawało się oczywistym, że dawno zapoznał się z treścią, jednak musiał podsycać napięcie. Gapił się żarliwie stylem sędziego drążącego okrutną prawdę.

- Kurwa mać! - zaiskrzył, gdy podnosił wzrok. Nie miał już jasnych białek tylko palące się węgle. - Jesteś idiotą, kompletnym idiotą - podkreślił i zamilkł. Teraz liczył, że sam się podłożę, że dam mu argument do gniewu, złości, wymienię zbrodnicze warianty, przewinienia, grzechy, czym mógłbym zasłużyć na mniejszą chłostę. Niestety nie kryłem tajemnic, poza zwykłymi domysłami. Cisza trwała zbyt długo i gnębiciel obnażył temat - jutro dwudziesty, a sprzedaż w twoim segmencie równa się trzysta szesnaście rachunków. Czy wiesz, czym to pachnie?

Zawrzałem..., więc tu tkwi problem. Nie dość, że jak głupi godzę funkcję kasjerską z doradczą, przychodzę wcześniej, zostaję do nocy, to jeszcze znoszę pretensję. Naczelny zwęszył frustrację:

- Powiedz mi - syknął - ile wynosi plan na ten miesiąc?

- Dwieście trzydzieści.

- No właśnie dwieście trzydzieści, natomiast ty masz trzysta szesnaście, nawet nie dwukrotność dwustu trzydziestu. Przypomnę, naszą tradycją jest nie dwu, ale trzykrotne przekraczanie planów. Rozumiesz?!

- Nie mam kiedy, ciągle kolejka do kasy, ładowanie bankomatu, reklamacje. Nie jestem cyborgiem!

            Bestialski przygryzł język. Dostrzegłem w stygnących ślepiach element satysfakcji.

- Właśnie dlatego baranie, musisz przygotować program, który pozwoli ci pogodzić obowiązki i zwiększyć sprzedaż, plan naprawczy.

            Plan naprawczy? Ciekawe, brak mi czasu na obiad, nie mówiąc o bardziej upiornych potrzebach. Znowu będę układał do rana cholerny scenariusz, tym razem naprawczy.

- Nie wiem czy będę w stanie - stęknąłem.

- Będziesz, będziesz... Też jestem człowiekiem i zdaję sobie sprawę, że nie jest nam łatwo, lecz nie masz wyboru. Owszem, możesz zaniechać, opuścić firmę, reguły znasz, aczkolwiek panują trudności z pracą. Sprzedaż stanowi priorytet, obsługa klientów to rzecz drugorzędna, najważniejsze ich zdobyć.

- Odejdą, jeśli się zrażą.

- Nie dramatyzuj, jak złożą lokaty, zaciągną długi, stracą ochotę na zmiany. Zresztą nie pyskuj, nie masz racji. Daję ci trzy dni na program naprawczy. W prezencie odwaliłem za ciebie wstęp do projektu, czyli szkic pierwszej akcji, trzeba ją tylko wykonać - Bestialski sięgnął pod biurko i wydobył karton ulotek. - Mój plan naprawczy jest zwięzły. Weźmiesz foldery i w drodze do domu je rozdasz.

Mrówki obeszły mi plecy:

- Przepraszam, ile tam jest?

- Około trzech tysięcy, nie musisz wszystkich dzisiaj, cześć możesz jutro idąc do banku...

Wieczorem napakowałem plecak. Rozdawanie ulotek dla absolwenta szkół o profilu bankowym to cenne doznanie. Wyciągasz rękę, modlisz się żeby brali - wszystko byleby sprostać. Są tacy, co biorą by zaraz wyrzucić, są też mistrzowie uników. Stanąłem przy koszu na śmieci i przechyliłem plecak, gotowe.

 

23:37, michal_mordarski
Link
środa, 19 grudnia 2007
Prawie gwiezdne wojny

Klasyka kina - Piąty Epizod Gwiezdnych Wojen - Imperium kontratakuje: Lord Vader - wysłannik ciemnej strony mocy, nęka kosmiczne cywilizacje. Luke Skywalker - wojownik, postanawia przeciwstawić się oprawcy, by uratować przyjaciół i wszechświat. Dlatego rusza do Miasta w Chmurach, gdzie stacza z Lordem walkę. Świetlne miecze wirują w powietrzu, nad przepaścią. Świst broni podnosi emocje. Skywalker zostaje ranny, a Vader ucieka. Jak zwykle unika kary.

 

Choć wyłączam koniugacje rodzinne, kiedy ekranowy tyran okazuje się ojcem Skywalkera, to każdy potwierdzi analogię filmowej sagi z moją zawodową mega-produkcją. Podobieństwo uderzyło nawet przyjaciółkę Alinę - samozwańczą księżniczkę Leie, która stała się współinicjatorką nadania Bestialskiemu ksywy Lord Vader. Zwłaszcza, że kamuflaż był mu potrzebny. Mu i nam, bowiem oprawca wyrastał zzieleniały, sprawniej niż szczypior. Często zakradał się i przystawiał do drzwi ucho bądź spiskował za rogiem. W bankowych kuluarach nie raz krążyły dowcipy o bestialskich podsłuchach. Zatem, gdy w rozmówkach pojawiły się zaszyfrowane dyskusje o Lordzie Vaderze z ciemnej strony mocy i międzyplanetarnej epopei, główny bohater nic nie podejrzewał, darząc nas umiarkowanym terrorem.

 

23:27, michal_mordarski
Link
wtorek, 18 grudnia 2007
Kolacja Gulasz

Pewne małżeństwo podczas kolacji,

głośno sprzeczało się o brak racji.

Ważkim tematem, co ich podzielił,

było: Czy można panów złodziei

uciekających z miejsca kradzieży,

postrzelić w dolne partie odzieży?

 

Mąż śmiało stwierdził: - To oczywiste,

gdy człowiek widząc czyny nieczyste,

pragnie zatrzymać pana złodzieja,

gdyż w jego karze prawa nadzieja -

tu podsumował pełen zapału:

Sam nie powstrzymałbym się od strzału!

 

Żona przerwała konsumpcję jadła,

bo jej wypowiedź ta nie przypadła:

- To nie jest prawo, ale bezprawie,

gdy człowiek strzela w tak błahej sprawie

i przyznam bliska jestem zawału,

mój mąż gotów byłby do strzału! -

dłużej nie chciała już gasić głodu,

wstała od stołu krzycząc: - Rozwodu!

 

Mąż też nie dojadł swojej wieczerzy,

gdyż nagle gulasz soczysty, świeży,

zmienił się z miłej smaku zabawy

w talerz zmącony, gorzki, wręcz krwawy.

Przejął się bardzo sporu obrotem

i padł pod stołem oblany potem.

 

Zapewne gulasz był tu przyczyną,

że poślubiony kitę wywinął. -

To dla jaroszów morał specjalny,

ale jest drugi uniwersalny:

Jak uczy życie, niech nikt nie przeczy,

łatwo jest mówić o każdej rzeczy,

jednak dopiero w obliczu akcji

można określić przebieg reakcji.

 

17:18, michal_mordarski
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7